barbaraanna blog

Twój nowy blog

230.

2 komentarzy

od czasu dodania mojego zaiste soczystego wpisu na na chujni, nic się raczej nie zmieniło.

albo i zmieniło – na GORSZE.

dwa ostatnie dni to pasmo płaczu, żalu i rozczarowań.

nic mi się dzisiaj nie chce, a właściwie to mi się ODECHCIAŁO po serii „przyjemnych” zdarzeń z rana, a właściwie przedpołudnia.

przeprowadziłam się dzisiaj do mamy. po 3 latach niemieszkania z moją mamą, wróciłam potulnie (no, prawie) na kościucha-srościucha. rano miałam nadzieję, że będzie dobrze, ale oczywiście nie było.

w sumie nie powinno mnie to za bardzo dziwić, ale rozwaliło mnie niestety na łopatki.

Pan w Koszuli, który mi pomagał, pojechał w siną dal – zresztą jak zwykle.
NIGDY go nie ma.

i siedzę sama i zastanawiam się co ze sobą począć.

nie mam nawet jak rozpakować swoich rzeczy, bo nie mam gdzie ich powkładać – bo moja mama z moją siostrą nie zrobiły mi miejsca – bo moja mama myślała, że miejsce zrobi się samo. magicznie.

nie wiem jak to wszystko skomentować. nie wiem co powiedzieć. nie wiem w ogóle co zrobić, od czego zacząć. nie wiem jak opisać sytuację w której się DOKŁADNIE znajduję, żeby każdy mógł zrozumieć dlaczego czuję się tak OKROPNIE OKROPNIE OKROPNIE. dlaczego łzy mi same lecą z oczu. dlaczego się tak przejmuję tym wszystkim.

to jest DO KURWY NĘDZY MOJA MAMA, a siedzi obrażona na cały świat w pokoju obok.

czas znaleźć jakiś przytulny mostek najwyraźniej.

229.

2 komentarzy

to jest mój wpis, który zamieściłam dzisiaj w serwisie chujnia.pl.
może on wyjaśnić, dlaczego mi się nie chciało nic pisać przez cały weekend.

„czasem wchodzę sobie na chujnię, żeby pocieszyć sama siebie, że inni mają gorzej.
dzisiaj wchodzę tu jednak po to, by sama się swoją chujnią podzielić.

nie bardzo wiem od czego zacząć, od tego, że mam chujową pracę, że ludzie są aroganccy, że nie umiem się ogarnąć sama z własnym życiem?… dużo by wymieniać.

żeby porozmawiać z własnym chłopakiem, najlepiej żebym zaanonsowała mu się z tydzień wcześniej, żeby mógł uwzględnić miejsce w swoim napiętym grafiku…
kurwa, ja rozumiem że on pracuje, że może nie mieć czasu, ale przestaję to rozumieć, kiedy nie widzimy się trzeci, czwarty dzień z kolei. ok, jego rodzinny dom jest prawie 100 km dalej, ale naprawdę on MUSI tam jeździć do WEEKEND? i zapominać o bożym świecie? i mnie zostawiać samą? kilka razy z nim byłam w jego domu, ale sprzedaje mi później takie smaczki, że nie mam ochoty tam już jeździć…
i w taki sposób ja, mając chłopaka, czuję się tak samo samotna, jakbym go nie miała.

kiedy go poznałam, byłam z chłopakiem, który planował mi się oświadczyć. i dla obecnego frajera rzuciłam tego, który mnie naprawdę kochał. jak jest już wyjątkowo źle, bo obecny milczy jak zaklęty już trzeci dzień, to myślę o tamtym i chciałabym do niego wrócić, ale wiem, że mi nie wybaczył tego co zrobiłam i nie wybaczy nigdy.
i tak właśnie już prawie rok się bujam z tym jeleniem, co mnie olewa… powiedział mi niedawno że mnie kocha (to akurat na plus – bez wiercenia dziury w brzuchu), ale chuja z tego mam… ale zaczynam być coraz bardziej przekonana, że powiedział mi to i uznał, że to już samo w sobie wszystko załatwia i już się nie musi starać.

boli mnie to, że ja jestem mocno zaangażowana w ten związek, a on (oprócz tego, że mi powiedział, że mnie kocha) olewa całą sprawę.
chujnia z grzybnią, bo jeśli to tak dalej ma wyglądać, to ja chyba podziękuję…
zwłaszcza że po urlopie dziekańskim wracam na studia i będzie w chuj ciężko, bo każdy weekend będę zapierdalać na uczelnię.

moja uczelnia jest nienormalna i nie ma zajęć co dwa tygodnie, bo byśmy się chyba jeszcze gorzej zarżnęli.
w tygodniu, od poniedziałku do piątku, siedzę w pracy, więc czasu nie będę miała nawet na to, żeby się po dupie podrapać, a co dopiero żeby się z kimś potkać, o pójściu na imprezę nie wspomnę…
poza zjazdami w weekendy też muszę się czasem pouczyć, zrobić jakiś projekt (dosłownie projekt, a nie tak nowomodnie „mam zrobić projekt czyli jakieś chuj wie co, a najlepiej to prezentację w power poincie i o boże jedyny to przekracza moje możliwości”… studiuję architekturę wnętrz – do czego też się wstyd przyznać, bo teraz to jest takie cool i posh, i każdy ma zdanie takie, że nie robię nic, tylko dobieram kolor zasłonek do ściany… pech chciał, że kierunek jest naprawdę wymagający, i jeśli chcę się czegoś porządnie nauczyć, to muszę znać chociaż podstawy całej architektury, a jebanym geniuszem nie jestem, żeby się w miesiąc nauczyć całych „detali budowlanych” markiewicza… swoją drogą, te skurwysyny z wydawnictw też by mogły wziąć pod uwagę studenckie fundusze, a nie sprzedawać książki za 150 zł za jeden tom? już neufert jest tańszy, a to opracowanie zagraniczne…). liczę na to, że mój chłopak (mgr inż.) mi pomoże ze szkołą trochę, ale jak się będziemy nadal spotykać raz na tydzień, to prędzej się chyba tego markiewicza nauczę na pamięć…

praca też mnie wkurwia, bo nic nie robię. w sensie nic pożytecznego. pracuję w agencji, która organizuje eventy i imprezy integracyjne dla firm. siedzę i sześć godzin dziennie napierdalam w klawiaturę i szukam ładnych obrazków na googlach. to, że siedzę sześć godzin, to też nie wiem czy plus czy minus. plus, bo mam zawsze te dwie godziny więcej dla siebie, ale z drugiej strony przekłada się to na kasę, którą zarabiam, a jest tego tyle co kot napłakał.
nóż mi się w kieszeni otwiera jak słyszę, jak mój facet narzeka, że mało zarabia. zarabia 4 razy więcej ode mnie, i to na umowę o pracę, jest dwa lata starszy ode mnie i jeszcze gnój narzeka?! mój tata po 25 latach pracy zarabia mniej od niego!!! nie wspominając o mojej mamie!
oficjalnie tego nie wiem, ale tak się składa, że wiem DOKŁADNIE ile on zarabia, bo znalazłam jego wyciąg z pracy. właściwie nie znalazłam, tylko leżał na środku biurka i rzuciłam okiem z ciekawości jak byłam sama w pokoju. jeśli dla niego tyle ile on zarabia to jest mało to co ja mam powiedzieć? aż wstydzę się powiedzieć jemu ile zarabiam, bo żal dupę ściska.
nie wspomnę o tym, że on coś w pracy robi pożytecznego (projektuje części do AGD) i efekty jego pracy są NAMACALNE, a z moich ofert pożytek jest taki, że można sobie wydrukować i dupę podetrzeć.

miałam wcześniej lepiej płatną pracę, ale musiałam z niej zrezygnować, bo nie mogłabym wrócić do szkoły, a bardzo chcę skończyć te studia. za które też zresztą płacę kurwa niemałe pieniądze, a burdel na kółkach jaki był, taki jest dalej…

w związku z tym, że nie mam już tamtej pracy, nie stać mnie na mieszkanie i muszę wrócić do swojej mamy. nie mieszkam już tam trzy lata i od tego czasu jestem po prostu innym człowiekiem. pracuję nad sobą ciężko, bo z domu wyniosłam co najmniej niecodzienny bagaż doświadczeń. i nagle JEB!  zajebisty krok do tyłu, lata świetlne do tyłu.

jakby tego było kurwa mało, moja mama ma raka, jest właśnie w czasie chemioterapii, więc trzeba na nią patrzeć łagodniejszym okiem, ale i bez tej całej chemii jest wielkim upierdliwym wrzodem na zadzie.
moja siostra, kropla w kroplę. nie zdziwię się, jak po miesiącu tam trafię do wariatkowa.
moi rodzice są rozwiedzeni, w związku z czym oprócz tego co zarabiam, mam kasę od taty (dobrze, że chociaż on nie okazał się chujem i płaci, znam takich, którzy nie płacą…), wypłata jest cała dla mnie. mamie mam dawać co miesiąc trochę kasy w ramach życia. ale szkoła, dentysta, wszystko inne, jest już na mojej głowie. żeby nie było mi za dobrze, nie mam co liczyć też na to, że mama zrobi chociaż czasem obiad czy posprząta. cała chata na mojej i siostry głowie.
siora teraz się na mnie wypnie, bo przez ostatnie trzy lata była z tym wszystkim sama; teraz będzie miała używanie. zazdrości mi pieniędzy, ale klapki na oczach zasłaniają jej to, że pracuję na te pieniądze. ona z kolei nie pójdzie do pracy, bo studiuje dziennie. i koło się zamyka.
ja jestem najgorsza, bo ja się nie interesuję, ja olewam, ja nie mieszkam z nimi… nie wiem co mam zrobić, żeby je zadowolić. krzyż na plecy, worek jutowy i na kolanach do częstochowy najwyraźniej…

ostatnio się ucieszyłam, bo dostałam lepszą ofertę pracy, ale żeby nie było za słodko, to przez dwa dni zastanawiałam się jaki sens ma to wszystko, bo koleżanka, z którą tutaj pracuję, też właśnie się zwolniła, i czasem tylko ma przychodzić, na niecały etat, żeby coś pomóc. z kolei ja, jakbym miała zmienić pracę, nie mogłabym sobie pozwolić na przychodzenie nawet na kilka godzin. jak już podjęłam ostateczną decyzję i porozmawiałam z szefową jakby to miało wyglądać, to na koniec mnie wychujali. byłam na rozmowie, miałam obiecane coś, teraz nagle warunki się zmieniają, i chcą czegoś innego. na co ja sobie nie mogę pozwolić, ze względu na szkołę.
miałam tylko niepotrzebną nadzieję, że zmienię chociaż pracę na jakąś lepszą, bo szefowa mnie wkurwia tutaj. tu już się nie będę wdawać w szczegóły, ale czasem mam po prostu ochotę wstać i wyjść.

czarę goryczy przechylił dzisiaj telefon od komendanta policji w W. jeden nasz klient ZAŻYCZYŁ sobie, że na jego jebanym pikniku ma wystąpić policja, straż pożarna, mają być kursy pierwszej pomocy inne chuje muje dzikie węże. wszystko super, ale samochód strażacki i policyjny to im z dupy chyba wytrzasnę…
o ile ze strażą pożarną jest spoko, bo istnieją jednostki ochotniczej straży pożarnej, więc nie trzeba się zdawać na służby państwowe – to z policją jest już gorzej…
żeby policjanci ZASZCZYCILI obecnością dzieci na pikniku, trzeba wysłać oficjalne pismo do komendanta z komendy miejskiej, ale ostatecznie zgodę podpisuje organ leżący jeszcze wyżej.
no to wyplułam jeszcze resztką swoich myśli oficjalne pismo (praca mnie uwstecznia, niestety) i dumna z siebie wysłałam w ubiegłym tygodniu.
dzisiaj, siedzę w biurze już sama, i dzwoni telefon. pan się wita i mówi „jestem komendantem”. myślę sobie – ale ekstra, napisałam takie ładne pismo, na pewno się zgodzą. i CHUJ! dostałam tylko zjebę, że co ja sobie wyobrażam, że pismo jest niestosowne i że on tego dalej nie skieruje. pomóc chce, oczywiście, ale jak napiszę nowe pismo. przez pierwszy moment mnie zatkało, a później po prostu nie miałam nawet szansy, żeby powiedzieć cokolwiek. „do widzenia” i odłożył słuchawkę, zostawiając mnie z rozdziawioną japą.
miałam ochotę mu pierdolnąć gadkę z grubej rury, o tym, że sam jest arogancki jak stado dzikich chujów, ale oczywiście nie mogłam, bo wtedy kto zorganizuje ten jebany pokaz? stuliłam gębę i teraz muszę wypluć jakieś nowe pismo. najchętniej wysłałabym ksero palca środkowego, no ale – interesy firmy…
a znając życie, klient pewnie nie wybierze opcji z policją…

robię wypad z pracy, bo jest już po 16. pracuję do 15, a za nadgodziny nikt mi kasy nie daje.
jadę do mieszkania, w którym jeszcze mieszkam, ale już powiedziałam współlokatorkom, że się wyprowadzam do mamy.
niby ok, przez weekend były 4 osoby na moje miejsce. szkoda tylko, że dowiedziałam się o tym 15 minut przed przyjściem pierwszej w sobotę. i to nie od nich bezpośrednio, tylko pośrednio przez zamknięte drzwi od mojego pokoju, z ich rozmowy między sobą. przez cały weekend nie wychodziłam z pokoju, bo właściwie też nie miałam po co. chłopak sobie pojechał do rodziców, przyjaciółka nie miała czasu…

właśnie dostałam smsa od niej, z Brukseli, że jest zajebiście.
świetnie…

kurwa mać, nie sądziłam, że kiedykolwiek będę szczęśliwa z tego powodu – mam zamiar rozliczyć pita.
kwota zwrotu może być jedyną rzeczą, która mnie dzisiaj uszczęśliwi.”

228.

1 komentarz

ten pośpiech.

to przez niego dzisiaj rano o mały włos nie wpadłam pod samochód, gdy podbiegałam na czerwonym świetle na przystanek autobusowy po drugiej stronie ruchliwej ulicy. Pan w Koszuli, który mnie trochę „odprowadził” na przystanek (a tak naprawdę miał po prostu swój przystanek naprzeciw mojego) wdział całe zajście. siedziałam już w autobusie, gdy dostałam smsa „już widziałem jak ten samochód w ciebie uderza. następnym razem wychodzimy 5 minut wcześniej.”
później o 17 telefon: „Basia, ja cały dzień dzisiaj miałem to przed oczami”.

na szczęście nic się nie stało, a w biegu nie miałam czasu nawet pomyśleć o tym, że cokolwiek mogło się stać.

mimo troski, Pan w Koszuli pojechał hen hen jak co weekend, zostawiając mnie samą. niebezpiecznie zostawiać mnie samą, zwłaszcza w weekend. bo albo idę na imprezę (wiadomo jak się kończy), albo za dużo myślę (też wiadomo jak się kończy).
tym razem padło na myślenie (impreza będzie w weekend następny).

jest jeden szczególny temat, który od kilku dni nie daje mi spokoju. Pan w Koszuli w swojej własnej, skromnej osobie. (wiem, jestem taka monotematyczna!…)

temat zacznę trochę od dupy strony. mianowicie, moja wspomniana już część ciała znacznie się rozleniwiła podczas urlopu dziekańskiego, na którym właśnie (jeszcze) przebywam. niemniej, za dwa tygodnie wracam na uczelnię. już pozałatwiane wszystkie formalności. no – prawie wszystkie.
i peniam.
bo wiem, co mnie czeka. studia w połączeniu z pracą, czyli brak czasu dla siebie, nie mówiąc już o życiu towarzyskim.

jestem przerażona, bo już raz to przechodziłam i wiem doskonale, że jak ktoś mnie nie przypilnuje, to będzie katastrofa. no i właśnie jakoś nie bardzo zapowiada się na to, żeby ktokolwiek mnie pilnował. liczyłam skrycie na Pana w Koszuli, ale coś się on nie pali do tego.

biorąc pod uwagę tryb, w jakim spotykamy się teraz (raz lub dwa razy w
tygodniu), sprawa może przybrać nieoczekiwany obrót. tzn ja się tego właśnie obrotu sprawy już
spodziewam i martwię się na zapas – taka natura.
stoicki spokój Pana w Koszuli czasem jest kojący, ale w obliczu takiej sytuacji po prostu mnie wkurwia. próby rozmowy z tym człowiekiem, na temat mojego znacznego ograniczenia ilości czasu przez dodatkowe obowiązki w postaci szkoły, nie przyniosły oczekiwanego rezultatu. właściwie nie przyniosły ŻADNEGO rezultatu, W OGÓLE.

ale staram sie pocieszać samą siebie.
trzeba wprowadzić jakiś porządek obrad i konsekwentnie go realizować; mam nadzieję, że jeśli wszystko pójdzie zgodnie z tym planem, pozbędę się wszelkich wątpliwości…

* * *

widziałam w środę Numer Trzynasty.

podobnie jak dzisiaj rano, rzecz działa się na przystanku. ten akurat był tramwajowy. w centrum miasta, pod galerią handlową. duży punkt przesiadkowy. codziennie przewala się tam dwadzieścia tysięcy ludzi na sekundę. ta środa jednak była na tyle chujowa, że ludzi na przystanku można było policzyć na palcach jednej ręki. Trzynasty stał na przystanku naprzeciwko, oparty o wiatę, przodem w kierunku mojego przystanku. zauważyłam go wcześniej niż on mnie, i z mantrą w głowie „nie widź mnie nie widź mnie tylko mnie nie widź” starałam się przejść na jego oczach kawałek dalej. pech chciał, że żaden tramwaj mnie nie zasłonił, ziemia się nie rozstąpiła, i on zauważył wtedy mnie. miałam nadzieję, że da sobie spokój, ale podszedł po swojej stronie przystanku kawałek dalej, w taki sposób, żeby być dokładnie naprzeciwko mnie.
kątem oka widziałam, że na mnie patrzył. zresztą czułam ten wzrok na sobie, to uczucie bycia obserwowanym, strach przed wykonaniem jakiegokolwiek ruchu. podjechał tramwaj, ale że Trzynasty wysoki jak tyczka, jego głowa sięgała szyby tramwaju i patrzył na mnie przez tą szybę.
przez dłuższy czas zastanawiałam się, jak się zachować, co zrobić. w końcu spojrzałam na niego, posłaliśmy sobie spojrzenie w oczy, z którego nie można było nic wyczytać, i po chwili odwróciłam wzrok.
podjechał następny tramwaj, on dalej stał i patrzył. zaczekał aż tramwaj się zatrzyma, aż wysiądą ludzie, patrzył jeszcze przez chwilę, po czym podszedł do wejścia, wsiadł i pojechał.

227.

1 komentarz

wstęp mojego dzisiejszego wpisu chcę zadedykować moim świeżo nabytym eskimoskim kapciuszkom z futerkiem.
najchętniej – gdybym miała taką możliwość – wystawiłabym im pomnik. trwalszy niż ze spiżu.

to smutne, kiedy w życiu zakup kapci cieszy cię bardziej niż rozmowa z ukochaną (?) osobą. ale udaję, że nie obchodzi mnie taki stan rzeczy. udaję również, że mam co robić kiedy jesteśmy osobno.

cały dzisiejszy dzień zaczął się śniegiem, czyli już źle. później było tylko gorzej: uciekł mi autobus, spóźniłam się do pracy, przemokły mi buty…
honor daty 28 lutego 2012 roku uratowały cztery rzeczy.
poniżej, z komentarzami od autora.

1. spokój moich współlokatorek, z jakim została przyjęta moja informacja o tym, że się wyprowadzam. ba, nawet jedna zaoferowała swoją pomoc, jeśli tylko będzie w stanie jej udzielić. cieszę się na to, bo bałam się, że ta rozmowa skończy się inaczej.

2. rozmowa „kwalifikacyjna”. tak o, z marszu, dzisiaj, na świeżo, na gorąco. dość ciekawym może być fakt, że pracę, którą mam obecnie dostałam na początku tego miesiąca. pobiłam kolejny (po zmianie pracy z dnia na dzień) osobisty rekord – 27 dni (nie licząc weekendów – 19) i już zmiana.
no, może nie tyle sama zmiana, co decyzja o zmianie. zanim podejmę nową pracę, muszę porozmawiać z szefową, co już z kolei nie nastraja mnie tak pozytywnie. żeby dodać trochę pikanterii, w obecnym miejscu pracy pracuje ze mną dziewczyna, która zwalnia się jutro.

3. ciepłe kapciuszki. komentarz wyżej.
a zostały przygarnięte, bo…

4. WYPŁATA!!!

226.

1 komentarz

dlaczego najbliższej (przynajmniej ja mam takie zdanie na ten temat) osobie, nie mogę powiedzieć, jak się naprawdę czuję?
może nie tyle nawet nie mogę, a nie chcę – nie chcę się rozczarować reakcją na to, co powiem. brakiem wsparcia. brakiem w ogóle jakiegoś ludzkiego odruchu.

powiedział mi, że mnie kocha. i najwyraźniej dwa słowa mają mi zrekompensować wszystkie braki.

widzieliśmy się dzisiaj przez całe 15 czy 20 minut.
nawet nie złapał mnie za rękę, nie przytulił.

czy to są duże wymagania?

w głowie siedzi widmo ostatnich miesięcy z Hirołem.

niepokojąco podobny stan…

* * *

Pan w Koszuli: ty piszesz bloga?
Ja: tak.
Pan w Koszuli: a co to za blog?
Ja: no, mój.
Pan w Koszuli: aha.

Pan w Koszuli: a co ty na nim piszesz?
Ja: pierdoły.

225.

Brak komentarzy

w ramach treningu systematyczności, będę dodawać codziennie jeden wpis.
z góry zakładam porażkę, ale spróbować można.

ostatnie wydarzenia jakoś skierowały moje myśli na to miejsce, zapomniane przez Boga, ale jak widzę, przez ludzi już niekoniecznie. miło.

jakiś mój ekshibicjonizm chyba znowu daje o sobie znać. a może za dużo myśli z głowy chce się wydostać…
[mnie proszę nie pytać o zdanie, ja nic ciekawego (a z całą pewnością nic odkrywczego) nie mam chyba do powiedzenia.]

może otacza mnie za mało ludzi, którym mogę się zwierzyć ze wszystkiego co mnie dręczy, ale tak bez szukania odpowiednich słów?
sama nie wiem.

zresztą przez większość życia mało wiem.

działo się za dużo, żeby móc wszystko streścić tutaj, w paru zdaniach.

ale najważniejsze informacje w skrócie:
muszę się wyprowadzić z mieszkania, w którym teraz mieszkam. dylemat rysuje się następująco: zacisnąć zęby i znaleźć tańsze mieszkanie z koleżanką, czy zamieszkać u mamy?

z tego, co sobie przypominam, nigdy nie pisałam tu o problemach z moją mamą, bo przez ostatnie kilka lat udawało mi się być od niej jako-tako niezależną.
wyprowadziłam się z domu po raz pierwszy, kiedy miałam skończone 20 lat, później na chwilę wróciłam, by znowu się wyprowadzić. również i to mieszkanie skończyło się, jak się skończyło i teraz właściwie tułam się tak, nie mogąc nigdzie zagrzać miejsca na dłużej.

dziwny może być fakt, że mieszkając w centrum dużego miasta, i to właściwie bezkosztowo, zachciało mi się wyprowadzić od mamy. od niej usłyszałam tylko, że w dupie mi się poprzewracało.
a ja z perspektywy czasu uważam, że nic lepszego nie mogło mi się przydarzyć.

w domu mojej mamy nigdy nie było mi dobrze. delikatnie mówiąc, wyniosłam z niego niecodzienny bagaż doświadczeń, i nawet śmiem wyjść z tezą, że mieszkanie w tym domu przez te kilkanaście lat jest przyczyną wszystkiego co złe ze mną i we mnie. ale nikt mi nie wierzy.

nie że jakieś patologie, nie. nie wstydzę się ani tego domu, ani mojej mamy – nie w tym rzecz. moja mama potrafi być osobą bardzo sympatyczną, ale nie nadaje się w żadnym wypadku do wychowywania dzieci.
jako jej dziecko mam jej bardzo dużo do zarzucenia. nigdy nie czułam się należycie kochana, wspierana, zawsze mi czegoś brakowało. w domu miało być jak w zegarku, miałyśmy z siostrą zawsze robić to, czego ona sobie życzyła, a gdy się tak nie działo, zawsze byłyśmy karane. nie przypominam sobie z dzieciństwa żadnej pochwały, którą bym od niej usłyszała.

na co dzień nie analizuję tego jak było i nie zdaję sobie sprawy, ale to wszystko, ten brak miłości i – na dobrą sprawę – opieki, zostawił ślad, którego nie da się już usunąć. nie mówię tak, bo ktoś mi coś nawkładał do głowy, że moja mama to, więc ja tamto… to po prostu samo przychodzi, kiedy zastanawiam się nad sobą i nad tym, dlaczego robię to co robię.

ja sobie zdaję sprawę, że łatwo jest zrzucić winę na kogoś. powiedzieć „mama mnie nie kochała, oto jestem jaka jestem”. staram się być obiektywna. niestety, czasem pojawia się za dużo emocji, związanych z tym co było, żeby zachować całkowitą bezstronność. na jej usprawiedliwienie, mogę dodać, że ostatnio coś się zmienia w jej podejściu. widzę, że dociera do niej, że nie jestem automatem do robienia tego, czego ona sobie życzy. w ostatnim czasie dostałam od niej bardzo dużo pomocy. i ja się z tego wszystkiego bardzo cieszę. mimo wszystko, to nie nadrobi tych wszystkich lat.

w którymś momencie doszłam do wniosku, że jednak tak żyć nie można. że trzeba przestać się zapętlać w tym wszystkim, i że nad tymi głęboko chowanymi urazami trzeba przejść do porządku dziennego. i przeszłam. okazało się, że nie było wcale tak strasznie i trudno.

ale w związku z ostatnimi wydarzeniami, wszystko to wraca. nie udało mi się zapanować nad tym do końca, i już chyba nie uda mi się to do końca życia.

i teraz mam problem, bo blog piszę właśnie po to, żeby opisywać rzeczy takimi, jakie są naprawdę. ale wydaje mi się, że pisząc o swoich uczuciach do mamy, przekroczę pewną granicę, a nie jestem przygotowana na poniesienie konsekwencji takiego działania. właściwie nikomu nie mogę się przyznać do tego, jakie uczucia budzi we mnie moja mama, a właściwie jakich uczuć mi wobec niej brak.
sama przed sobą nie mam tego problemu, ale większość ludzi, a przynajmniej 90% osób, które znam, ma określone zdanie na ten temat. mama jest świętością, którą ja jednak, na przekór społeczeństwu, zrzucam z piedestału. trudno jest się podzielić czymś takim z osobą, która ma wbite do głowy, że matka jest tylko jedna, i jaka by nie była, trzeba ją kochać. no właśnie – TRZEBA.

nie wiem, co dokładnie spowodowało to, że mam takie podejście do tej sprawy. nie umiem powiedzieć. czasem nawet myślę, że nie jestem zdolna do uczuć W OGÓLE. ale wydaje mi się, że ta moja pustka i przyznanie się do niej jest chyba lepszym rozwiązaniem, niż kiszenie się w hipokryzji.

niestety, z mojego doświadczenia wynika, że jestem raczej odosobnionym przypadkiem.

223.

6 komentarzy

po.

222.

1 komentarz

dzisiaj.

denerwuję się.

nowe mieszkanie.

nowy?…

221.

Brak komentarzy

no to fru.

wyprowadzam się. jutro. dzisiaj nowe meble, jutro moje rzeczy.
nie mam jeszcze kluczy, mam tylko karty bezpieczeństwa.


  • RSS